4. Panowie, proszę, spokojnie!

Pamiętam jakby to było wczoraj. Poniedziałek, początek drugiego tygodnia ferii. Wróciłem do domu około 22, po czym zrobiłem sobie kawę zbożową i otworzyłem pasjonującą książkę pod tytułem „Przepisy Gry”. Spędziłem całą noc na przyswajaniu sobie najważniejszych fragmentów z tejże powyższej lektury. W końcu pierwszy test miałem mieć już kilka godzin później!

Przybyłem trochę zestresowany na halę przy ZSG w Rzeszowie. Na miejscu czekał już na mnie drugi sędzia, pożyczył mi jeden czarny komplet Ziny i tuż przed oficjalnym rozpoczęciem Turnieju o Puchar Biskupa byliśmy gotowi, mając „więcej sprzętu niż talentu”.

Turniej przebiegał spokojnie, wydawało mi się, że spisałem się całkiem nieźle, kilka kartek pokazałem, kilka razy użyłem gwizdka. I wtedy zdarzyło się to…

Mecze trwały 1×8 minut. Nie wiadomo dlaczego drugi sędzia skończył mecz po 7 minutach, więc po uzgodnieniu obu księży zdecydowaliśmy się na dogranie końcowej minuty. W ostatnich sekundach meczu w polu karnym drużyny Boguchwały miał miejsce faul na ich bramkarzu. Bramkarz położył piłkę na ziemi, po czym był gotowy do wprowadzenia jej do gry z rzutu wolnego bezpośredniego. Tak też zrobił. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że swoim dalekim wybiciem.. zdobył bramkę.. To nie koniec! W momencie, w którym piłka wpadała do bramki.. drugi sędzia skończył mecz..

Z dalszego ciągu tej sytuacji pamiętam tylko „Panowie, proszę, spokojnie!”

Znalazłem się coraz bliżej sędziowania, na bieżąco zacząłem sędziować Ligę Lektorską, czułem się na boisku coraz pewniej, kilku sędziów zabierało mnie na mecze i tak życie się toczyło.

11953309_908653859215136_2999305254509978239_o

Zrobiłem, co było potrzebne, by móc sędziować i tak sobie jeździłem z sędziami. Przyjemnie, fajnie, sielanka. No ale, życie to niestety nie jest sielanka…

Nagle zaczęło komuś coś przeszkadzać, że w takiej metropolii jak Rzeszów jest taki młody sędzia. A jak ktoś wysoko postawiony chce komuś przysłowiowo zrobić za dupą… (obiecałem bez nazwisk, słowa dotrzymam), to w tym starciu Dawida z Goliatem, Dawid niestety nie sprawi niespodzianki..

Musiałem odpuścić sędziowanie w Rzeszowie.. złożyło się na to wiele mniejszych czynników.. nie chcę obwiniać niczego ani nikogo, więc nie napiszę więcej nic. Po prostu w rejonie od maja do czerwca 2015 roku w mojej głowie znów pojawiły się myśli, że źle wybrałem.. że popełniłem błąd.. że nie tędy droga… że droga przez życie z gwizdkiem jest zbyt kręta, ale do głowy przyszedł mi niemały szatański pomysł…..

Środek czerwca 2015 roku. Ulica „Bursaki” w Krośnie. Mecz trampkarzy Guzikówka-Markiewicza.. i skład sędziowski: Kiełtyka, Sanocki, ————. W czerwcu 2015 roku stały się rzeczy wprost nieprawdopodobne. Poznałem kapitalnych ludzi w Krośnie. Pokochałem Krosno. Nie przeszkadzało mi, że w obie strony wychodzi.. to jakieś 120 kilometrów.. Bo czemu? Pasja wymaga wielu wyrzeczeń.

Musiałem ostatecznie opuścić Tytana i 300-tu, oczywiście w mega przyjaznej atmosferze. Obie te drużyny kocham z całego serca, czego potwierdzeniem jest to, że po zakończeniu moich niedzielnych B i C klas dzwonię do trenera Łopuckiego z Tytana z pytaniem „Bartek, jak wynik?”

Popatrzcie na przestrzeni tych 4. rozdziałów, że pasja potrafi zrodzić się nagle, że sędziowie to mogą być zwykli ludzie, nawet z łapanki. Popatrzcie na to, z takiej perspektywy, że my, sędziowie, wy – piłkarze i trenerzy mamy jeden cel. Spowodować aby ten mecz, na którym przyjdzie nam się spotkać był niesamowitym widowiskiem..

Właśnie to jest nasz wspólny cel. Cel futbolu. Bo my – związani z futbolem – jesteśmy niewolnikami futbolu. Jednak jest to takie niewolnictwo, w którym najchętniej poprosiłbym o dożywocie..

S.S

3. Mówcie mi kiero!

Po rezygnacji z „kierownikowania” w drużynie Szarotki znowu oddaliłem się od piłki.

Jak zawsze w wakacje długo spałem. Był ładny, sierpniowy dzień, więc dlaczego by się nie wyspać?! Po 11 usiadłem do komputera i zacząłem przeglądać, co udostępnili moi znajomi. Wtedy dostrzegłem post drużyny Tytan Rzeszów informujący o tym, że drużyna ta rozegra sparing z nowo-utworzonym Grunwaldem Połomia. Pomyślałem, że i tak nie będę miał co robić, więc czemu by się nie wybrać na ten mecz? Nie miałem jednak transportu do Połomi (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że istnieje firma przewozowa „Marcel”), więc napisałem do trenera Tytana Bartka Łopuckiego, czy nie będzie miał może miejsca w aucie, żeby mnie na ten mecz zabrać. Oczywiście Trener Łopucki mi nie odmówił, zaprosił mnie na zbiórkę i razem z drużyną „żółto-czarnych” udałem się do Połomi.

Warto zaznaczyć, że w Tytanie grało wtedy kilku zawodników, których grałem z czasów „kierownikowania” w ekipie Szarotki.

Życie na ten dzień ułożyło taki scenariusz, że 3 sierpnia 2014 roku skończyło się na tym, że dostałem gwizdek i wyszedłem sędziować sparing między Tytanem a Grunwaldem Połomia. Znów poczułem się jak ryba w wodzie, ale moje szczęście zagłuszyło jedno zdanie..

„Szymek, nie chciałbyś zostać kierownikiem u nas?”

Myślałem, że się przesłyszałem! Ja, 14 letni chłopak miałem zostać kierownikiem B-klasowej drużyny?! Czemu by nie spróbować swoich sił? A co mi tam.. zgodziłem się..

Dokładnie 19 dni później złamałem rękę. Pamiętam, że chciałem wrócić chodź na chwilę do bronienia i to się zemściło. Wtedy ostatecznie uświadomiłem sobie, że GRA w piłkę nie jest dla mnie.

Dwa dni później miałem debiut jako kierownik drużyny w B-klasie. Tytan przegrał z Zimowitem 2-4 a ja pamiętam chyba każdą minutę tego meczu, każde krzywe spojrzenie sędziego, który ilustrował mnie wzrokiem, jakby chciał powiedzieć: „co to za gówniarza przysłaliście”? No ale nic.. trudno.

Mecze w Tytanie mijały, sędziowie z Rzeszowa powoli przyzwyczajali się, że Tytan ma młodego kierownika i coraz mniej im to przeszkadzało.

We wrześniu zrodził się pomysł, aby założyć własną drużynę orlikowo-halową, chcieliśmy pokazać, że potrafimy się zorganizować i zagrać na wysokim poziomie. (Tak naprawdę wszystko zaczęło się w czerwcu, na Techform Cup, tam jednak był to szybki turniej, nie zdobyliśmy żadnego miejsca. Później w lipcu w Boguchwale zajęliśmy drugie miejsce i ten wrześniowy pomysł miał oficjalnie stworzyć ekipę) Wymyśliliśmy nazwę 300-tu DarkDent i razem ze starszymi kolegami zaczęliśmy realizować nasz pomysł. Z pomocą sponsora załatwiliśmy stroje, wpisowe do Amatorskiej Ligi Orlika i rozpoczęliśmy działalność. Byliśmy drudzy w lidze, jako jedyni nie przegraliśmy meczu, w międzyczasie wygraliśmy Turniej Osiedlowy w Rzeszowie, nie tracąc bramki. Tu z szacunku wyróżnię czterech wyróżniających się piłkarzy naszej ekipy: Adrian „Fryta” Nowak – nasze żądło, Łukasz „Hasek” Hasik – dobra dusza drużyny, Łukasz „Ziomuś” Ziomek – autobus drużyny i Sebastian „Seba” Stefańczuk – człowiek wielu zadań.

11222887_746895488754592_5780909098764357022_n

W zimie postanowiliśmy zapisać się do Rzeszowskiej Ligi Futsalu. Tam właśnie poznałem „Prezesa” Łukasza Krawczyka, który po kilku kolejkach oprócz funkcji kierownika 300-tu zaproponował mi funkcję sędziego czasowego. To było bardzo fajne doświadczenie, poznałem nowych ludzi i w dodatku kilku sędziów futsalowych. Wśród był jeden człowiek, który miał duży wpływ na dalszy ciąg mojej przygody – Michał Potępa, człowiek, który dużo gadał ze mną na tematy sędziowania, gdy on był sędzia „czynnym”, a ja „stolikowym”. Rzeszowska Liga Futsalu skończyła się bardzo szybko. W ostatniej fazie ciutkę posypał nam się skład i dlatego z co silniejszymi rywalami dostawaliśmy po tyłku.

Dnia 8 lutego 2015r. napisał do mnie zawodnik Stali Rzeszów – Sebastian Brocki z pytaniem, czy nie wiem jak się mają wyniki w Tyczynie? Szczerze mówiąc, nie miałem zielonego pojęcia, co jest w Tyczynie, no ale błyskawicznie sprawdziłem,i żeby nie zawieść słynnego piłkarza dwie godziny później śledziłem już rozgrywki SPAR CUP na hali w Tyczynie. Tak jakoś wyszło, że również tam sędziował mój znajomy sędzia Michał.

Spotkałem tam znajomego księdza, który na SPAR CUP zgłosił własną drużynę „Pomagam Jak Umiem Zaczernie”. Tego księdza pamiętałem jeszcze z zeszłego roku z turnieju, który on organizował. Chodziło o Puchar Biskupa w piłkę nożną, od razu skojarzyłem fakty, grzecznie się przywitałem i zapytałem, czy organizuje on ten puchar również i w tym roku?

Stwierdził, że tak.. następnego dnia dla podstawówki, za dwa dni dla gimnazjum i dla szkół średnich. Po rozmowach z księdzem doszedłem do wniosku, że szuka on sędziów na wtorkowy turniej dla „gimbazy”, a że kilku arbitrów poznałem podczas mojej „kierowniczej” kariery to i podzwoniłem do znajomych i udało mi się znaleźć jednego arbitra na wtorkowy turniej. Jednakże uważałem, że na taki turniej przyda się dwójka arbitrów, ale mimo to drugiego sędziego nie znalazłem. Postanowiłem, że razem z drugim sędzia… również i ja posędziuję ten turniej….

A co się wydarzyło i na nim i po nim i ogólnie dalej?! O tym w najbliższym czasie, zapraszam!

S.S.

2. „Kariera” bramkarska dobiega końca, zaczyna się nowa era…

Mijały miesiące, a ja powoli zapominałem o jednorazowym wybryku na linii w meczu Grunwald-Zimowit. Starałem się skupiać na tym, by pokazać się trenerowi jako dobry bramkarz, a nie jako (co wtedy wydawało mi się śmieszne) sędzia.

To był sierpień 2013.. Razem z Zimowitem pojechaliśmy na obóz do Iwonicza (śmieszna sytuacja, 2 lata po tym obozie wróciłem na ten sam stadion jako sędzia..). Nie dawałem sobie rady i zdecydowanie odstawałem od grupy z powodu odcisków, jakie zrobiłem sobie na nogach. Nie mogłem biegać, ledwo chodziłem, a klapków nie miałem, więc można by stwierdzić, że cały obóz uczestniczyłem w jakichś delikatnych rozgrzewkach (w samych skarpetkach) i to tyle..

Bodajże piątego dnia naszego wyjazdu miał odbyć się sparing z Soccerem Ropczyce. Oczywiście na takie sparingi nikt nie dzwoni do OZPN-u po sędziów.. Trener za wszelką cenę chciał wręczyć komuś gwizdek i wręcz wypychał każdego po kolei na środek. Nie okazywałem tego, ale bardzo chciałem wyjść na środek i posędziować ten mecz, nawet w skarpetkach, a co mi tam!? Trener jednak nawet na mnie nie spojrzał, bardzo mnie to zdenerwowało, ale cóż.. życie kręci się dalej.

Tuż po zakończeniu pamiętnego obozu w Iwoniczu dowiedziałem się, że do Zimowitu przychodzi nowy bramkarz – z bardzo bogatą dotychczasową karierą. Od razu pomyślałem sobie, że co jak co, ale jaki jest sens przychodzenia na treningi i trenowania, podczas gdy i tak nie mam żadnych szans na grę..

Tak oto właśnie zakończyła się moja przygoda z Zimowitem, na początku było mi z tego powodu bardzo przykro, ale życie toczy się dalej.

I znów można powiedzieć: mijały kolejne miesiące, rozpocząłem naukę w Gimnazjum – popularnym „Katolu” (Gimnazjum Sióstr Prezentek w Rzeszowie), zdarzało się, że pogrywałem w piłkę z kolegami, ale zrezygnowałem ze „zrzeszenia” w jakimkolwiek klubie – stwierdziłem, że wiązanie się z piłką po prostu nie jest dla mnie.

Warto nadmienić, że jesień 2013 roku była dla mnie czasem, w którym zacząłem chodzić na popularną „8. Ligę Mistrzów” – rzeszowską B-klasę. W pewnym momencie bardzo mocno zacząłem kibicować drużynie Staroniwy Rzeszów. Poznałem kilku ludzi związanych właśnie ze Staroniwą i znów znalazłem się bardzo blisko piłki.

Ze Staroniwą byłem do końca sezonu 2013/2014, kiedy to w ostatnim meczu, meczu „o awans” w mega kontrowersyjnych okolicznościach Staroniwa pokonała drużynę Świlczanki Świlcza 1:0. Samo jakoś tak wyszło, że chciałem spróbować czegoś nowego, znużyło mnie jeżdżenie za piłkarzami, kibicowanie i tyle… Normalna chęć do wypróbowania czegoś nieosiągalnego. Przynajmniej wtedy…

W kwietniu 2014 roku w bardzo dziwnych okolicznościach znalazłem się blisko miejsca, w którym odbywał się nabór do drużyny orlikowo-halowej „DarkDent Szarotka”. Jako, że troszkę znałem głównego sternika (o tym człowieku, którego nie można nie lubić będzie na pewno osobno) tej drużyny postanowiłem pojawić się na naborze i popatrzeć jak poradzą sobie ewentualne nowe nabytki Szarotki.

11059693_726982900745851_2378459217480805599_n

Kilka dni później od tego właśnie człowieka, nazwanego przeze mnie przed kilkoma zdaniami sternikiem dostałem telefon, który brzmiał mniej więcej tak:

„Cześć młody, słuchaj biorę Cię na kierownika do Szarotki! Nadajesz się, masz w sobie pasję, więc na pewno sobie poradzisz.. Pierwszy mecz gramy [tu data meczu] z D&D o 19:35 na orliku na Dąbrowskiego. Narazie.”

Przyznam bez ściemy, że ten telefon mnie oszołomił.. Ja kierownikiem jakiejkolwiek drużyny?! Dobre żarty… No, ale.. z drugiej strony.. dlaczego by nie spróbować?!

Skończyło się na tym, że pojawiłem się umówionego dnia na orliku i poznałem rozgrywki Amatorskiej Ligi Orlika od wewnątrz. Poznałem wiele bardzo przychylnych mi osób, które na pewno wyróżnię z imienia i nazwiska w rubryce „Szczególne podziękowania”, która powstanie już niedługo!

Wypisywałem protokoły, pomagałem drużynie i robiłem co mogłem aby „Darkdent Szarotka” wypadła jak najlepiej. W Amatorskiej Lidze Orlika jednak nie wypadliśmy zbyt dobrze.. poza tym w ekipie było wiele nieporozumień dlatego też postanowiłem zrezygnować, gdyż pomyślałem, że raczej się do tego nie nadaje.. tak jak myślałem.

Warto zaznaczyć, że podczas „kierownikowania” w Szarotce poznałem 5 osób (zawodników DarkDentu), którzy mieli ogromny wpływ na mnie i na to, co wydarzyło się kilka miesięcy później..

A co wydarzyło się kilka miesięcy później?! O tym już niedługo.. Zachęcam do czytania!

S.S.

1. Pasja czasem potrafi zrodzić się nagle.

Był normalny, wiosenny dzień. Ja, jako bramkarz rzeszowskiego Zimowitu (wtedy akurat kontuzjowany) przygotowywałem się do wyjazdu wraz z drużyną na mecz z liderem tabeli – drużyną Grunwaldu Budziwój. Każdemu zależało na zwycięstwie, ponieważ do naszych przeciwników w tabeli traciliśmy tylko 3 punkty.

Gdy dojechaliśmy na stadion w Budziwoju od razu udaliśmy się do szatni, gdzie odbyła się odprawa przedmeczowa, a tuż po niej w związku z moim urazem zdecydowałem się na zajęcie miejsca w metalowej budzie znanej szerzej jako „ławka rezerwowych”.

Gdy wybiła godzina 13:55, która oznaczała 5 minut do rozpoczęcia spotkania z metalowego baraku znanego szerzej jako „szatnia sędziowska” wyłoniła się postać około 40-letniego mężczyzny, który miał przy sobie dwie piłki, a w rękach trzymał parę sędziowskich chorągiewek.

Kiedy arbiter główny tego spotkania znalazł się w okolicach ławek rezerwowych, szybkim ruchem przywitał się z trenerami obu ekip i stwierdził, że „potrzebuje dwóch klubowych”… Nasz trener nie miał do dyspozycji wielu rezerwowych, więc chorągiewkę, którą przekazał mu sędzia wręczył mi.. Zapewne nie wiedział, że to on w ogromnym stopniu wtedy przyczynił się do tego, że teraz jestem tu gdzie jestem.

Tuż przed wyjściem na środek boiska Pan Paweł (bo tak na imię miał ten sędzia) zrobił mi małe szkolenie.. masz trzymać linię ostatniego obrońcę, pokazywać auty, pokazywać spalone, jak nie będziesz pewny to czekasz na moją decyzję… Taki typowy dialog arbitra związkowego do sędziego klubowego (przygodnego).

Wyszliśmy na środek, szybkie przywitanie, sędzia przybił mi piątkę i życzył powodzenia po czym kazał mi udać się na moje miejsce. Tak też zrobiłem.

Od samego początku meczu starałem się jak najbardziej skoncentrować na meczu, tak aby nie popełnić żadnego błędu. Kilka razy pokazałem aut, kilka razy rożnego i na tym skończyła się pierwsza połowa. W przerwie Pan Paweł stwierdził, że naprawdę jest ze mnie zadowolony i, że może nadawałbym się na sędziego. Te słowa wypowiedziane wtedy przez tego człowieka spowodowały, że głęboko zacząłem zastanawiać się nad tym, czy nie chciałbym zostać sędzią, jednakże kolejne treningi w Zimowicie po powrocie do zdrowia zagłuszyły we mnie te myśli na temat arbitrażu.1476371_724056754371799_7210634772137809802_n

Jednak już wtedy gdzieś głęboko we mnie urodziło się zainteresowanie do wszystkiego co związane z sędziowaniem, chciałem znać obsadę na każdy mecz Ligi Mistrzów, czy mojego ukochanego Arsenalu. Zacząłem ogląda i analizować kontrowersje z naszej, rodzimej Ekstraklasy… jednak nie wyobrażałem sobie, że kiedyś zostanę sędzią.

Uważam, że to właśnie wtedy, 20 kwietnia 2013 roku w moim życiu pojawiła się nowa pasja.. Pasja do gwizdka!

S.S.